wtorek, 30 grudnia 2014

Marzenie o oddychaniu.

I będę oddychać...
Nie tylko tu
W piśmie.

I będę oddychać na żywo
W domu
Jak we śnie.

I wśród przyjaciół
I obcych
Na mieście.

I w pracy
I z Tobą... przy Tobie
I wszędzie.

niedziela, 28 grudnia 2014

Samotność zabija powoli.

Kiedy nie masz z kim podzielić szczęścia
Zaczyna w Tobie umierać
A wesoła opowieść brzmi...
Jak ponure westchnienie.

Nadmiar radości
Jak bumerang
Na ciebie.
Coś jak...
 
Entuzjazm na początku wyprawy
A finalnie...
Obraz rzeczywistości standardowej
Zastany.

Może zmniejszyć nadzieję na przyszłość...
Chęci poznania.
W końcu dochodzi do...
Nieprzekroczonych granic zamykania.

Czas leci.
Opowieści stają się historiami
Niewypowiedzianymi na zawsze...
Zdaniami.

piątek, 26 grudnia 2014

Szron.

Ułuda cukru pudru...

Słowa za ciasne.
Usta zaciśnięte.
W pięściach chęci zamknięte.

Zamarzamy winnym
Zimą
Spojrzeniem zimnym.

czwartek, 25 grudnia 2014

Meshuge.

Jest takie miejsce
Gdzie zawsze
Jak jestem
Biegnę.

Z punktu
Do punktu
Do pewnego dębu
Z dłonią gałęzi...

I śmieję się.
Zabawiam się
Niepoważną tradycją...
Meshuge znów.

I mijam swoje lęki
Wizje... wilków
Nieczystych ludzi
Psów wściekłych
Demonów niezdefiniowanych...

I z każdym biegiem mniej ich.
Tyle razy już biegłam
W końcu przegoniłam strachy...
Wiatr bezpodstawnie złowieszczy.

Ciepło skrzypią drzewa
Pachnie oddech lasu
Wbiegam w zakręt...
Cisza.

Widzimy się
Znowu
Jak w domu.

Kontur czarny
Dziś poważny
Ale już przyjazny...

Dzieli się na dwa
W jednym fundamencie.

Dąb oswojony
Nieduży
Połamany
Ale niewzruszony
Nie mój.

Prosta przez bagien pola.
Nie obchodzi mnie
Że pełno błota...
Nie mam siły
Ale dąb nieugięcie jakoś...
Woła?

Korą mi chłodzi policzki
Do uścisku zrzucam rękawiczki.

Nie proszę już jak kiedyś...
I nie rozmawiamy.
Tylko krótka radość spotkania
Może niepewnej dorosłości oznaka...

Przykładam do niego zdyszane serce
I stęsknione ręce.

Zawsze, gdy się oglądam
Macha na pożegnanie
Jakby... weselsze...

Horyzont rzeczywistości
Połyka nadzieje
Lecz wiatr już w plecy wieje...
 
Oderwania zorganizowane
Nie opuściły mnie jednak wcale.

wtorek, 23 grudnia 2014

Opowieść przedświąteczna No.2

Podróż po ostatnią pracę Diany Vreeland...

Diana Vreeland słynęła z niezwykłej odwagi w kreowaniu i materializowaniu swoich wizji.

Diana zrewolucjonizowała wystawy w muzeum historii strojów, umieszczając je na manekinach w aranżacjach niczym z domów handlowych wprowadziła do muzeum ruch. Tchneła żcie. I to życie się tam przyciągnęło w postaci kolejek odwiedzających.

Szukałam pracy i zobaczylam, że biuro archi


Z entuzjazmem rzucam wszystko i ruszam do biura z ogłoszenia. Biegnę na przeciw pracy jawiącej się jako najciekawsze dla mnie zbawienie..

W drodze przecinam świąteczny jarmark. Raj pomieszanych sprzedawców dziś mnie nie denerwuje nawet. Nic mnie dziś nie denerwuje, a każda napotkana dokuczliwość będzie niezwykle ciekawa. Adres wskazuje mi złowieszcza choinka bez czubka, symbol oczekiwania chyba.. A może symbol niedorobionych Świąt? Nie ważne. Padło na kamienicę najbardziej w Rynku kiczowato wyremontowaną.. I z domofonem z dala od drzwi, żeby nie było zbyt lekko pewnie.. I bez tabliczki z nazwą firmy, choć tym się nie zrażam. Wiem, ze to o niczym nie świadczy.. Mam praktykę. Dziwnym fartem jednak bez wysiłku wchodzę zaraz za Panem z pieskiem.

Po żadnej kamienicy nie spodziewałam się czegoś takiego... Struchlałam. Chociaż do truchła to akurat mi było bardzo daleko.. Czego nie mogłabym powiedzieć o wnętrzu.. Od drzwi uderza mnie chmura zdrowej kupy!.. To interesujące, myślę, drzwi w Rynku do innego świata.. Oprzytomniała z dezorientacji brnę dalej. Przecinam więc wesoło chmurę tej kupy wyobrażonej, a ona z wzajemności miesza się z zapachem mojego zimowego snu, Pure Poison Dior'a. Oportunistycznie upewniam się pana z pieskiem, czy to, co widzę to klatka schodowa.. Nie jest inaczej. Droga mrocznych i brudnych, wielokierunkowych i wąskich starych schodów prowadzi mnie do góry sedna. Tyle schodów.. Cudowanie! Mogłabym co rano spalać dodatkowe kilokalorie! Rozładowana z negatywnych emocji z uśmiechem docierać do biura. Co za bufor doskonały. Rozkoszując się wizją wskakuję na kolejne stopnie.. Podskokom wtóruje ożywczy ból wszechobecnych zakwasów po ostatnich treningach.

Jestem na ostatnim piętrze. Cardio u mnie jeszcze słabe, więc dyszę sobie powoli, a biura ani śladu. To już mnie nie dziwi. Drzwi się kończą na numerze o jeden mniejszym, niż ten pożądany.. Na przeciw wątpliwościom, czy cel wyprawy znajdę, rozglądam się uważnie i po chwili dostrzegam, że da się wejść wyżej.. Zatem wyprawa w najlepsze trwa dalej. Zmierzam ostatnim nietypowym ciągiem na strych.. Coraz ciemniej się robi. Pochylona przez zmęczenie 
widzę pod stopami linoleum imitujące gazety.. Wreszcie pierwszy trop. Wspaniale! ..I troje drzwi przede mną. Właściwie jedne, bo dwoje odpowiednio z lewej i prawej. Wszystkie bez numeru. Głosy zza prawych. Kieruję się więc w ich stronę, gdy wzrok mój wstrzymuje.. Drzwi środkowych światło dziurki od klucza. Wielkiego jakiegoś. Chwilę walczę ze sobą. Jakaś nonsensowna to walka o tym czy wypada, czy nie, czy to poważne, czy może szkoda tych paru sekund, żeby zajrzeć i tracę czas na zastanawianie, kto się tak zachowuje jak ja? W końcu sięgam po rozum i naturalnie podchodzę. Przytykam me oko natychmiast chłodem owiane.. I nie dowierzam. Za dziurką pomieszczenie, a za nim okienko, a za okienkiem kadr świata, a w nim.. dwie wieże.. Mostem złączone. W remoncie. Niespodziewanie usłyszałam "wow".. Co bezwiednie wzdychnęłam. Co się święci na Katedrze Św. Marii Magdaleny już wiedziałam.. Na chwilę przeniósł mnie do świata zewnętrznego ten obrazek z informacją..

I wiedzieć tutaj trzeba, że wszystko z czym się tutaj spotykamy, to symbole z nieba, tzn. z nas samych i dla nas w zwierciadle wszechświata zbudowanych...

Ale ja w podróży.. Czas iść do celu. Nasycona widoczkiem kontynuuję w pełnej euforii. Mijając przystanek wchodzę w drzwi prawe. To znaczy, pukam, chociaż wiem, że do biur się nie puka.. Po dziwnym rytuale, otwieram je sobie niepewnie. Uderza mnie jasność. Co za miły kontrast.. A za nim kolejny! Z antresoli schodzi do mnie mężczyzna w czerni. Smukły, z matową łysiną, a miną ponurąąąąą.. Najmocniej, jaką w życiu widziałam!.. I z wyłupiastymi oczyma. Surowy głos typa mnie wita mnie niechętnie..
I gdyby nie to, że biuro białe, pachnące i nowe, to pomyślałabym, że spotkałam Goluma.
Myślę, że to musi być miły człowiek. W swoim gruncie... Pięknie energetycznie oszczędny w komunikacji, poucza, że jak nie byłam umówiona, to się dzwoni. Dobrze wiem o tym, więc przytakuję. Ja chciałam przyjść znienacka. Tak zawsze lubiłam. Bez względu na finał. Samo dochodzenie zawsze najbardziej lubiłam, bo najsmaczniejsza jest droga... przygoda...

Już mam wychodzić, gdy na do widzenia z góry żegna mnie głos anielski... Woła, że mogę coś zostawić, jak coś mam. Coś miałam. Portfolio zostawiam nieprzekonana, bo wiem, że w tym, co mam do zostawienia nie ma tego, z czym przyszłam... Bo przyszłam ze sobą i rozmową... Mimo wszystko z eksploracji wracam zachwycona.


Być może natrętnie wtargnęłam, ale co z tego..? To, że doświadczenia multiwrażeniowej kamienicy zachowam sobie na zawsze. To najbardziej miła kamienica na rynku. Sama jest jak przykład dobrej wystawy..


Kilka dni później.

Cisza. Nie lubię tej ciszy. Chyba znowu wpadam na rzeczywistość... Idę z zapałem, a potem się okazuje, że to zwykli ludzie. Włącza mi się narzekanie.. Zwykli ludzie nie zasługują na niezwykłe miejsca.. Nie szkodzi. Życie jest sprawiedliwie niesprawiedliwe dla wszystkich. To daje zawsze nadzieję.


..Ja naprawdę wierzę, raz po raz, że spotkam coś niezwykłego. Coś specjalnego dla mnie, część sensu istnienia.. Może to nie jest złe.. Bo znajduję. Choć, przewrotnie, najczęściej nie to, czego szukałam.



bonus
 
Wychodząc na zewnątrz o coś spytałam:

Truth: Przepraszam, czemu ta choinka nie ma czubka?
Ochroniarz jarmarku odpowiedział: Nie wiem, taką ją zrobili.

No i już wiedziałam, bo głupie prytanie zadałam.
 
edit:
 
Parę miesięcy później ponury miły pan zadzwonił do mnie, ale już pracowałam gdzie indziej. Powiedział, że jak wrócę, to przyjmą mnie z otwartymi rękoma. Nie było już mi jednak po drodze. Choć miła to była rozmowa.

Opowieść przedświąteczna No.1

Od zawsze wzruszają mnie dziadki...
Mężczyźnie
W każdym wieku
Nie do twarzy ze słabością.
A litość to niepozytywne uczucie.

Kiedyś byłam hostessą.
Częstowałam na sklepowym wejściu serkami.
Głupia robota.
Dlatego z każdej pracy coś wynoszę.
Coś poza pieniędzmi...

Zastanawiałam się, co wniosła rola hostessy...


Zwabiona okazją
Sunie do mnie całkiem tłusta baba
W stylu bankietowego dziada.
Panoszy się przy standzie
W tle jej rodzinka...
Bez "dzień dobry" zajada
Jedną próbkę za drugą
Od czasu do czasu
Swoim tłustym paluchem
Wskazuje na którąś
Komuś ze swojej gawiedzi...
Nic nie kupuje.
Ważne, że syta odchodzi.

Wchodzi dziadek.

Zachęcam do kosztowania.
Dziadek nieśmiały
Przykurczony...
Podchodzi niepewnie.
Tłumaczy się, że on nie kupi...
Rozumiem
Ale to nie ważne
Zapraszam wszystkich.
Dziadek sięga po krakersa...
Ręką starą
Spracowaną
Brudną ręką...
...
Nerwowym ruchem
Niefortunnie strąca
Jedną próbkę.
Chce się wycofać.
Zapewniam, że to nic
Niech weźmie inne.
Dziadek poprzestaje na jednej zaledwie.
Dziękuje, jakbym była co najmniej...
Aniołem?
I serdecznie chce
By Bóg mi zapłacił...

Ktoś z daleka powiedziałby - żul.
Widziałam, że był głodny...
Od tamtej pory, czasem bronię żuli przed oceną.

Mijają minuty...
Znów widzę dziadka.
Stoi przy kasie.
Wykłada sobie zakupy na ladę:
Olej
Chleb
Mąka
Keczup
Gazeta...
Wyciąga klepaki.

Z oddali widzę niezrozumiałą scenę.
Kasjerka wskazuje na produkty...
Po chwili w koszyku
Z powrotem ląduje:
Gazeta...
Keczup...
Dziadek waha się chwilę.
Olej...

Poczułam niewygodne strugi wilgoci na policzkach.

Nie mogę na to patrzeć, a patrzę i nic nie mogę zrobić...
 
Nie mogę, bo nie wolno mi opuścić stanowiska.
Kasjerka nie może sprzedać, gdy brakuje pieniędzy.
Ludzie nie mogą pomóc, bo to nie ich sprawa...

Ktoś oprzytomniał.

Zniecierpliwiony facet zapłacił dziadkowi
Za olej i mąkę...
A co z gazetą?!
Jeśli to jedyne towarzystwo na długie wieczory?
Nigdy bardziej nie żałowałam
Że stałam jak kołek
Gdy chciałam coś zrobić.

Co za roboty...
Oderwane od rzeczywistości zasady...
Nieugięci.
Spięci.
Ślepi...
Jakby.

Żyć
Żeby nie żałować.
I jak robić coś
To na sto procent.
A słabość...
Dobrze mieć, ale za gościa.

Odprowadziłam dziadka do drzwi
Wzrokiem z uśmiechem przez łzy...
 
Próbowałam jeszcze zawołać
Zaprosić do jedzenia
Ale dziadek już się krępował...
Za bardzo.

Patrzyłam na życie.

Od starego mężczyzny
Biło ubóstwo
Rezygnacji zapachy
Samotność
Tęsknota
I to pogodzenie...
Od którego bliżej już do śmierci...
Niż życia.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Mruczę sobie Miłosza Czesława.

Kocięcie na parapecie
Puchate i kuliste.

Nie rozmach
Nie przestrzeń
A bliskość powiązań.

Każdy element jak powrót...

Nieidealnie
Nie wszystko
Nienasycenie...

Dom tworzą miłe drobności
Splecione nutami tęsknoty.

niedziela, 21 grudnia 2014

Bliskość najbliższa.

Nie lubienie
Przemieszane uwielbieniem.

To co drażni
A chcę więcej.

Może ciągnąć się latami...
Nie chce karmić się słowami.

Przeturlałabym się z Tobą
I przygniotła sobą.

Móc wyłapać niepewności wcześnie
I owijać się Nim we śnie.

piątek, 19 grudnia 2014

Historyjki dziecięce.

Fantazje dziewczęce.
Czysto przyjemne i wszelkie.
Tak czy tak i tak...
Ścieżkę do finału
Zawsze najbardziej lubiłam.

Najsmaczniejsza jest droga.

Mgła niewiadoma..
Mgły magia.
Biała.
Jasna
Niejasna.

Zaślepiająca ...czasem.

czwartek, 18 grudnia 2014

Oderwanie zorganizowane.

Kiedy miałam 9 lat... zakładałam żółte gogle
I tańczyłam.
Joszko Broda w tle...

Kręcąc się w kółko
Wokół małej świecącej choinki
Na środku pokoju...

Pod tym względem się nie zmieniłam.
Część mnie pozostała...
Choć zestatyczniała.

W słowa obleczony duch.

wtorek, 16 grudnia 2014

Nieuniknione.

Sama z siebie przychodzi tylko śmierć.
I miłość... być może.

Edit 2021: wszystko to, co naturalne, co z swej natury wynika...