czwartek, 14 kwietnia 2016

Conocne...

Dziś patrzę
Przez siebie.

To, co istniało
Jasno widnieje.

Narodziny.
Życie przywdzieję.

Noc moją matką
Dzień me panowanie.

Złoty imbir
I czarna lukrecja.

Codzienne uśpienia
Conocne przebudzenia.

Co miało być
Nadeszło finalnie.

Rozbitych zbroi brzęk
Pod stopami skorup szczęk...

Rozrzucam i miażdżę...
Tłum myśli klaszcze!

Nie ma osoby
Co we mnie uwierzy.

Jestem sobie Słońcem...
I to me promienie.

Sięgnięte Cienie (nimi)
Każdego zwątpienie...

Choroba kurzem
Otrząśnięciem zrzucanym.

Negatywne słowo
Muśnięciem słabym.

Takiej osoby nie znajdziesz
Póki nie spotkasz siebie.

Lepszego momentu nie będzie.
Oko to moje narzędzie.

Nikt nie widzi
Tego, co patrzy.

Wzroki zniesione
W przestrzeni pomiędzy...

Wszystko zmieszczone.
Karty rozłożone.

Lecz nie powiem Ci
Co znalazłam w sercu miasta

Tajemnica piekarza
I jego ciasta.

Są miejsca nam nie znane
I nawet jeśli już poznane...

Nigdy się tam nie znajdziemy...
Cudzymi oczami widzieć nie będziemy.

piątek, 1 kwietnia 2016

Przed Startem.

Plany wdrożone
Czas, by w cel ostateczny wymierzone.

Boże.
Tak rzadko używam tego słowa.
Na samą myśl...
Czuję się zmęczona.

W każdym momencie
Nie znajduję wytchnienia.
Kolejne do widzenia
Cykliczne uderzenia...

Nie dajesz odpocząć
Więc się poddaję.
I tak już nie sypiam
Przed świtem wstaję

Jesteś w tym życiu
Jakimś drzazgi poszyciu
Dziwnie fascynuje...
Z irytacją motywuje

Więc dobrze.
Zrozumiałam wezwania.
Teraz jest czas.
Życie do przetrwania.

Nie zasłonie się fajką.
Dym już dawno zniknął...
Ani inną sprawą czy siłą
Tak ważną.

Dawno też skończyło się nierobienie
Kończą się pożyteczne wymówki
I koniec w szarudze wędrówki
Wymówki...

Mgła ze świtem znika
Z gęstwiny moja postać wynika...
Stoi.
Stoję...

Jeszcze chwilę.
Ostatnie chwile...
Przed niekończącym się
Dreszczem.

Na końcu
Deszcz.
Na wpół ciepły
I zimny będzie.

Ale na końcu.
Po drodze kroplami się zroszę...
Z drzew lasu
Lub potu...
 
Zawsze się nie poddaję.
Od początku był przy mnie
I tylko on... zawsze wraca
Mój cel, moja oaza.

Obrazem statycznym
Dostojnie też stoi.
Czeka.
By oplatać mnie w biegu.

Wciąż czekał...
Przerażające.
Ale tam da się spocząć
Nigdy całkiem nie odpocząć...

Choć trochę
Na polanie...
Oddaję się dziś
Na wydanie.

I tak, jak kiedyś pisałam
Do biegu powołana
Bezgłośnie znów biec będę
Tym razem i niewidocznie zupełnie.

Lepszego momentu nie będzie.
Ciesz się.